Oziębłe Hanoi i zima w Halong Bay

15 Permalink

Droga do Hanoi zleciała nam bardzo szybko. Z racji wczesnego przyjazdu, miałyśmy okazję podejrzeć poranne rytuały mieszkańców miasta. Parki roiły się od ludzi uprawiających sport. Od joggingu, po stretching, aerobik, badmintona i tai-chi. Niektórzy zapraszali nawet żeby dołączyć, ale po kilkunastu godzinach podróży kusiły nas jedynie prysznic, kawa po wietnamsku i chwila odpoczynku (w pozycji bardziej statycznej od tej, którą gwarantował kolebiący się autobus). Co ciekawe, wśród tych porannych aktywistów nie królowali wyłącznie młodzi. Również staruszkowie dziarsko machali kończynami na prawo i lewo udowadniając, że na zdrowy tryb życia nigdy nie jest za późno.

Po krótkim spacerze po mieście, udałyśmy się do naszego hosta z Couchsurfingu, o jakże wdzięcznym imieniu Huy. Powstrzymałyśmy się od wyjaśnienia mu, dlaczego za każdym razem gdy zwracamy się bezpośrednio do niego, na naszych twarzach gości szeroki uśmiech. Zapewne pomyślał, że sympatyczne z nas dziołchy (co w większości przypadków jest osądem trafnym).

Huy dysponował trzypiętrowym domem z niezliczoną liczbą pokoi i każdego dnia gościł ludzi z całego świata. Był też w posiadaniu dwóch psów, z którymi miałyśmy bliższe spotkanie trzeciego stopnia – wracając pierwszej nocy z centrum miasta, pomyliłyśmy drzwi balkonowe, za którymi nocowały bestie, z drzwiami naszego pokoju. Niemal dostałyśmy zawału, gdy tuż po otwarciu „wrót piekieł” obskoczyły nas te „urocze” stworzenia. Scena była iście tragikomiczna. O drugiej w nocy psy zaczęły biegać po wszystkich piętrach, a my w kompletnej ciemności, ściszonym głosem próbowałyśny zwabić je z powrotem, modląc się w duchu by nie obudziły Huya, który miał iść rano do pracy. Po kilku nerwowych minutach i zastosowaniu innowacyjnych technik aportowania zwiniętym w kulkę kawałkiem papieru toaletowego, misja zakończyła się sukcesem.
W ramach podziękowania za gościnę (a może próbując uspokoić nieco wyrzuty sumienia związane z wewnętrznym i jakże niedojrzałym podśmiechiwaniem się z imienia naszego hosta), Beti wręczyła mu na pamiątkę swoją kulę. Prawda jest taka, że kość się pięknie zrosła i Beti skacze już jak, nie przymierzając, górska kozica, więc zbędnego kija trzeba się było pozbyć. Huy z prezentu się ucieszył, z lubością dopasowywał wysokość kuli do swego wzrostu i zrobił z nią kilka kroków. Trochę to było dziwne, ale nie miałyśmy serca już się z niego śmiać.

Zwiedzanie Hanoi rozpoczęłyśmy od wizyty na Starym Mieście. Kluczyłyśmy kolejnymi uliczkami, podziwiając architekturę, chłonąc atmosferę miasta (i teoretycznie nieobchodzonych tutaj Świąt Bożego Narodzenia), obserwując ludzi i kolejne wyjątkowe towary. Niegdyś każda z ulic specjalizowała się w sprzedaży innych produktów (wygodne, nieprawdaż?), dziś wszystkie przejęte zostały przez sektor turystyczny. Biura sprzedające wycieczki zorganizowane są wszędzie, a wybór najlepszej oferty okazał się trudniejszy niż przewidywanie pogody w Azji.

Hanoi nie jest miastem, które słynie z wyjątkowych zabytków.  Mimo to, ta azjatycka stolica przypadła nam do gustu najbardziej ze wszystkich, które miałyśmy okazję do tej pory zwiedzić. Obeszłyśmy sporą jej część, zagłębiając się zarówno w te bardziej jak i mniej turystyczne zakątki. Dokładnie poznałyśmy każdy brzeg jeziora Hoan Kiem, obok którego przechodziłyśmy niemal każdego dnia. Z ogromnym zaciekawieniem prześledziłyśmy historię i rolę płci pięknej w Wietnamie, odwiedzając Muzeum Kobiet. Zajrzałyśmy do jednego z największych marketów, jakie dane nam było w życiu zobaczyć – kilkupietrowego molocha z ogromną ilością szmat, które sprzedawane były jedynie hurtem. Od Taniego Armaniego po Victoria’s Secret – na miejscu pakowane w ogromne siaty i – dosłownie – przerzucane dalej. Cholera wie co jest podróbką a co oryginałem, bo wielkie paki zapewne wysyła się w świat i sprzedaje po cenie adekwatnej do naszytego logo. Zamiast poszukujących bibelotów i pamiątek turystów, odnalazłyśmy tam przepychające się tłumy lokalnej ludności. Jeden dźwigał jakieś wielkie pudło, drugi zajadał się zdobytym skądś ryżem, trzeci podsypiał na paletach materiałów. Niby Hanoi a istny Saigon. Wizyta w tym miejscu przyprawiła nas o ból głowy (wspominałyśmy już, że Wietnamczycy strasznie krzyczą?), więc prędko ucieklyśmy poszukać trochę spokoju. Liczyłyśmy, że odnajdziemy go może w Parku Lenina. Jednak i to miejsce – jak sam Lenin – wywoływało raczej niepokój niż tak pożądany powiew błogiego chilloutu.

Na szczęście tuż obok podawali jedną z lepszych kaw, jakich dane nam było spróbować w Wietnamie. Cong Caphe serowało kofeinowe cuda, zastępując mleko jego kokosową wersją, dodając jogurtu bądź lodów. Kawa po wietnamsku już była naszym ulubionym daniem (sic!) w tym kraju. Kawa z Cong Caphe wyniosła to uwielbienie na jeszcze wyższy poziom.

Kompletna (dez)organizacja, czyli long way to Halong Bay

Hanoi miało stanowić naszą bazę wypadową do pobliskiej Halong Bay oraz do Sapy – górskiej miejscowości zamieszkałej przez kultywujące dawne tradycje plemiona. Po sprawdzeniu pogody, zdecydowałyśmy się rozpocząć od tego pierwszego. Cuda Świata, UNESCO heritage, must see, top ten, dobra, jedziemy. Większość turystów do zatoki bierze zorganizowaną wycieczkę. Nauczone doświadczeniem atrakcyjnych pakietów o wiele tańszych i korzystniejszych niż opcja DIY, i my miałyśmy zamiar tak zrobić. Gdy tylko to możliwe wolimy dojechać gdzieś same, jednak w grę wchodziło dodatkowo kierowanie łodzią. Chociaż Kasia ma w tym drobne doświadczenie, tym razem postanowiłyśmy jednak oddać ster w ręce fachowców.
Poszukiwanie oferty idealnej było koszmarem. Wycieczki jednodniowe, wycieczki trzydniowe, łódź z jedną gwiazdką, łódź półtoragwiazdkowa (czy takie słowo w ogóle istnieje?!), łódź luksusowa bardziej, łódź trochę niezwykła i łódź zwykła, boleśnie przeciętna. Taka z ciepłym prysznicem albo z wygodniejszym materacem. Kajuta na górnym pokładzie, kajuta na dolnym, łódź spokojna, łódź imprezowa. Oferta z kajakami, oferta z jaskinią, ale bez posiłków. Ta za 150$ a wyglądająca tak samo jak ta z innego biura, za jedyne 50$.
– Oni Wam sprzedadzą taniej, ale im nie wierzcie, potem za te kajaki będziecie musiały dopłacać. A ja mam solidną ofertę, wszystko w cenie. Jestem Mr Tony, moja siostra studiuje w Warszawie, dla Was specjalna zniżka, 10$ mniej. Nazwę firmy zapisujesz, chcesz mnie sprawdzić? Ja Ci pokażę, mój Tripadvisor, 5 gwiazdek, zadowoleni wszyscy, siostra w Warszawie, ja Wam mówię dziewczyny, jak ja lubię Polskę, w ogóle to dzień dobry, kocham Cię, już posmarowałem Waszymi dolarami chleb a konkretniej Bahn Mi.
No i faktycznie, Mr Tony ma 5 gwiazdek. Kilka opinii od wietnamskich użytkowników, którzy w swojej karierze napisali tylko jedną recenzję. Dziwnym trafem właśnie agencji Tony’ego. Weź tu człowieku zweryfikuj wiarygodność. A Mr Tony sprzeda wycieczkę, prowizję dostanie i reszta go nie obchodzi. Coś o tym wiemy, Kasia robiła w pracy to samo. 😉
Po wizycie w kilku biurach turystycznych, czułyśmy się niczym bohater “Mechanicznej Pomarańczy” – jak po porządnym praniu mózgu. Konsultacje z wujkiem Google wcale nie pomogły. Jedyne polecane agencje oferowały wycieczki znacznie przekraczające nasz skromny, backpackerski budżet, a te odwiedzone wcześniej nie należały do wiarygodnych. Nie chodziło nam o żaden luksus, chciałyśmy jednak mieć pewność, że jak już wydamy to 100$, to nie trafimy na dziurawą łajbę z zatkanym kiblem, na której za wszystko trzeba dodatkowo płacić (takich historii jest mnóstwo), a w przypadku załamania pogody będziemy zmuszone walczyć o przeżycie albo jedyny kapok na statku (gra w marynarza paradoksalnie nie wchodziłaby tu w grę). Powszechnie wiadomo, że na łódkach spotykają się ludzie, którzy za tą samą wycieczkę dają 150$ i 50$ – wszystko zależy od zdolności sprzedażowych i manipulacyjnych agenta.
Zrezygnowane i zdezorientowane, pocieszyłyśmy się tanim piwem na ulicy. Zwyczaj Bia Hoi ma się tu świetnie. Niektórzy backpackersi zachwyceni niską ceną browara, niczym rasowi Wietnamscy mężczyźni, do pierwszego kufla siadali o 12 w południe. Nieprzyzwyczajeni do połączenia upału i procentów, szybko padali jak muchy. Ci bardziej wytrwali wytrzymali nawet do kilku godzin. Wieczorem trzeba ich już było przesuwać, bo sami mieli z tym problem. Przyglądając się tym nieszczęśnikom, kontynuowałyśmy debatę na temat naszych własnych dylematów. W pewnym momencie Kasia zagadała do siedzącej obok dziewczyny pytając, jaką ofertę wybrała na Halong Bay (wszak z złożenia jadą tam wszyscy turyści). Być może był to impuls, los, dobra karma albo po prostu szczęście. Tak czy siak, dziewczę odpowiedziało, że nie jedzie z żadną wycieczką, tylko sama na wyspę.  Z wyspy to już jakąś tanią łódką wprost do zatoki. A sama wyspa w zatoce, też fajnie. Oczy nam się otworzyły, nad głową zapaliła żarówka, a szczęki opadły w podziwie dla prostoty i geniuszu tej idei. Po krótkiej konsultacji postanowiłyśmy dumnie wypiąć się na wszystkie agencje i płynąć prosto na Cat Ba.

Cuda Świata i pierwszy powiew chłodu w Azji

Na wyspę zostałyśmy sprawnie przerzucone transportem łączonym z dworca w Hanoi. Z naszego balkonu rozciągał się malowniczy widok na zatokę, a sam hostel był sprytną konstrukcją, której tylną ścianę stanowiła po prostu jedna ze skał. Na miejscu zabukowałyśmy zwiedzanie Halong Bay, co faktycznie okazało się zwycięstwem turysty w walce z zaporowymi cenami wycieczek na zatokę. Wyruszyliśmy z samego rana. Po krótkim rejsie statkiem, zatrzymaliśmy się na małpiej wyspie na trekking. Nie wszyscy uczestnicy zdawali sobie sprawę, że będzie to jednym z punktów program, zabrali więc tylko japonki. W naszych trekach czułyśmy się jak rasowe skałołazy. Podejście powoli robiło się coraz bardziej strome, szczeliny coraz większe a nasz przewodnik przepadł gdzieś z tyłu pozostawiając samym sobie podczas wspinaczki na szczyt. On pewnie wyskoczyłby na górkę w trymiga, przy okazji grzebiąc sobie beztrosko w telefonie. Obyło się bez ofiar w ludziach, wiec ciężko się czepiać. Szczególnie, że wysiłek został wynagrodzony piękną panoramą tej części zatoki.

Po chwili odpoczynku na statku, przesiedliśmy się na kajaki, by z bliska podziwiać setki skał wystających z zatoki Halong Bay. Dzień był nieco mglisty, co spotęgowało tylko ich majestat i dodało nieco mistycznej grozy. Na chwilę zbłądziłyśmy wśród wapiennych dzieł natury, które nagle zaczęły wyglądać bardzo podobnie. W tym momencie istniałyśmy tylko my versus nasz “prywatny” cud świata. Na jednej ze skał dostrzegłyśmy w oddali postać ludzką. To jakiś śmiałek wspinał się bez zabezpieczenia po pionowej ścianie. Zaciekawione zwolniłyśmy tempa, zaczynając przyjmować zakłady czy i kiedy odpadnie, gdy zza rogu wypłynęły kajaki naszych znajomych z łodzi. To naprowadziło nas na drogę powrotną do grupy. Już razem podążyłyśmy za przewodnikiem, który poprowadził nas ku ukrytym jaskiniom i innym malowniczym zakamarkom zatoki. Cieszyliśmy oczy niesamowitymi widokami.

Po wszystkim na łodzi czekał na nas posiłek złożony ze świeżo złowionych ryb i owoców morza. Starszy Wietnamczyk przy naszym stoliku zagaił skąd jesteśmy. Gdy odpowiedziałaśmy, że z Balan, kraju Lewandowskiego (używanie wietnamskiej nazwy Polski sprawdzało się świetnie dla tych, którzy nieustannie mylili Poland z Holand – i bynajmniej nie dlatego, że rozpoznawali dorobek reżyserski Agnieszki), odpowiedział płynną polszczyzną. Aż otworzyłyśmy oczy ze zdumienia. Okazało się, że za komuny studiował 7 lat w Poznaniu na politechnice. Opowiedział nam jak jadał po studencku (najtańsze ziemniaki z cebulą i schaboszczak w stołówce), jak bardzo brakowało mu wietnamskiego Pho (tutejszy rosół z niekoniecznie dobrymi dodatkami), trochę o imprezach zakrapianych polską wódką i pięknych dziewczynach. Mając siedemdziesiątkę na karku, z rozrzewnieniem wspominał swoją polską miłość. Ich drogi się rozeszły, gdyż on musiał wracać do kraju, a ona nie chciała jechać z nim, bo rodzina, bo wojna. Teraz ma piękną żonę (która robiła jednocześnie za fotografa i didżeja, puszczając “Last Christmas” z zabranego na wycieczkę głośnika) i dwójkę dorosłych już dzieci. Polski przeplatał chwilami z hiszpańskim (co dla Beti było połączeniem idealnym), ze względu na kilka lat spędzonych w Meksyku i na Kubie.
Naszym jedynym zmartwieniem podczas pobytu na wyspie, był fakt występowania niskich temperatur. Przyzwyczaiłyśmy się już do azjatyckich upałów i temperatury poniżej 25 stopni były dla nas niczym koło podbiegunowe. Co więcej, już za kilka dni miałyśmy wylądować na Filipinach, dlatego zupełnie nie opłacało nam się kupować ciepłych, puchowych kurtek, które ochroniłyby nas przed całkowitym wychodzeniem organizmu. Byłyśmy zatem skazane na walkę o przetrwanie, na zmianę dygocząc pod kocem i popijając zieloną herbatę. Z rozrzewnieniem wspominałyśmy grzane wino – tu pozostało nam tylko spożywanie takiego o temperaturze pokojowej, które i tak całkiem nieźle podniosło nam ciepłotę ciała. Dla zdrowia wszystko. Wtedy właśnie przeczytałyśmy, że w Sapie – górskim miasteczku, które miało być naszym następnym celem – spadł właśnie śnieg i ludzie z różnych stron Wietnamu ściągają tam, żeby go zobaczyć. My biały puch znamy bardzo dobrze i choć lubimy lepić bałwany, specjalnie nie tęskniło nam się za zimowymi szaleństwami. W związku z powyższym podjęłyśmy racjonalną (!) decyzję. Nie przeistoczymy się w hibernatusa. W tym roku zimie mówimy stanowcze chyba nie.

Wujek Ho i Mery Krysmes

Początkowo planowałyśmy spędzić świąteczny wieczór na katolickich Filipinach. Tanie loty zdecydowały jednak za nas i z Hanoi do Manili miałyśmy dostać się dokładnie w czasie, gdy nasze rodziny w Polsce zasiądą do wigilijnej wieczerzy. Mimo to byłyśmy zdeterminowane, żeby ten dzień w Wietnamie spędzić w sposób szczególny. Idealnym preludium była pobudka z kurami by udać się do słynnego mauzoleum Ho Chi Minha, prominentnego przywódcy komunistycznego (tego od Saigonu, którego druga nazwa to właśnie Ho Chi Minh City). Miałyśmy szczęście, że udało nam się go złapać. Po pierwsze staruszek raz do roku odwiedza mateczkę Rosję w celach konserwacji i odnowy biologicznej, po drugie audiencji można dokonywać tylko do godziny 11. Spora popularność sprawia, że często ustawiają się do niego sporej długości kolejki, dlatego też jeśli nie zajmie się dobrego miejsca odpowiednio wcześniej, jest szansa że cały wysiłek pójdzie w niwecz. Nam się udało. W mrożącej krew w żyłach krypcie spedziłyśmy jakieś 30 sekund. Białe zwłoki „Wujka Ho” – jak zaczęłyśmy go pieszczotliwie określać – w szklanej trumnie przywodziły na myśl baśń o Królewnie Śnieżce zatrutej antysystemowym jabłkiem z wrogiego mocarstwa.

Na kolację wigilijną umówiłyśmy się ze spotkaną w Laosie Livią ze Słowacji. Takie nasze małe, słowiańskie święta. Jako, że bardzo chciałyśmy dochować tradycji postu, musiałyśmy dokonać dokładnych oględzin oferty lokalnych restauracji. Biorąc pod uwagę zamiłowanie Wietnamczyków do dań mięsnych, nie było łatwo. Zdecydowałyśmy się zjeść w jednym z solidniej wyglądających miejsc, będąc przygotowane poszaleć i wydać na posiłek więcej niż 10 PLN. Nasza wieczerza składała się z gulaszu z grzybami i ryby, nie miałyśmy bowiem najmniejszych szans na tradycyjne 12 dań, chyba że byłoby to 12 odmian papryczek chili (mimo że Kasia powoli przekonuje się do azjatyckich ostrości, istnieją poważne przypuszczenia, że mogłaby tego jednak nie przełknąć). Gulasz był wyborny, a po całodniowym poszczeniu (skromna bagietka z jajem na śniadanie) byłyśmy tak wygłodniałe, że rzuciłyśmy się nań bez cienia podejrzeń. Dopiero gdy przyszło do płacenia rachunku, zdałyśmy sobie sprawę, że kelner, mimo wyraźnych instrukcji, że my dziś jemy w opcji wege, pomylił zamówienia i w naszym gulaszu beztrosko taplały się małe kawałki jakiegoś wieprzątka. Pozostało nam przymknąć na to oko, mając nadzieję, że rzeczone zwierzę było z ekologicznego gospodarstwa dwojga kochających się staruszków gdzieś w górskiej osadzie.

Czas uciekał, zegar tykał, a my jak Kopciuszek musiałyśmy zdążyć na karocę by przenieść się do zupełnie innej rzeczywistości – kolorowych i życzliwych Filipin. Wydałyśmy ostatnie dongi i nim ostatni dzwonek wybił czas odlotu, gdy Wy moi drodzy zapewne wypatrywaliście z niecierpliwością pierwszej gwiazdki, my właśnie wzbijałyśmy się w powietrze.

15 komentarze(y)
  • quest bars
    Luty 8, 2016

    Hi I am so grateful I found your blog page, I really found you
    by error, while I was searching on Digg for something else, Anyways I am here now and would just like
    to say kudos for a tremendous post and a all round
    entertaining blog (I also love the theme/design), I don’t have time to read it all at the minute
    but I have saved it and also included your RSS feeds, so when I have time I will be back to read more, Please do keep up the
    fantastic b.

  • Quest Bars
    Luty 9, 2016

    This is my first time pay a visit at here and i am actually pleassant to read everthing at alone
    place.

  • Quest Bars
    Luty 19, 2016

    Hi, just wanted to say, I enjoyed this blog post. It was funny.
    Keep on posting!

  • plenty of fish dating site of free dating
    Luty 23, 2016

    Helpful info. Fortunate me I found your web site by accident, and I’m surprised why this twist of fate didn’t took place in advance!
    I bookmarked it.

  • Limewire Free Music Downloads
    Marzec 7, 2016

    It’s difficult to find experienced people for this subject, however, you sound like you know
    what you’re talking about! Thanks

  • look at here now
    Marzec 11, 2016

    I simply want to tell you that I’m newbie to weblog and seriously liked your page. Very likely I’m want to bookmark your site . You really have really good articles and reviews. Thanks for sharing with us your website.

  • original site
    Marzec 11, 2016

    I simply want to tell you that I am new to blogs and seriously enjoyed this web-site. Likely I’m going to bookmark your blog . You definitely have outstanding well written articles. With thanks for sharing your website page.

  • bastcilk doptb
    Marzec 24, 2016

    Heya i am for the primary time here. I came across this board and I find It truly useful & it helped me out much. I hope to provide something again and aid others such as you helped me.

  • Garth Byrnside
    Marzec 30, 2016

    I believe you have mentioned some very interesting details, thankyou for the post.

  • bernie sanders
    Marzec 31, 2016

    Asking questions are genuinely fastidious thing if you are not understanding something
    fully, however this paragraph offers pleasant understanding
    yet.

  • bernie sanders
    Marzec 31, 2016

    hello there and thank you for your information –
    I have definitely picked up anything new from right here.
    I did however expertise a few technical points using this
    website, since I experienced to reload the website many times previous to I could get it to load properly.
    I had been wondering if your web hosting is OK?
    Not that I’m complaining, but sluggish loading instances times will very
    frequently affect your placement in google and could damage your high-quality score if advertising and marketing
    with Adwords. Anyway I’m adding this RSS to my e-mail and can look out
    for much more of your respective fascinating content. Make sure you update
    this again very soon.

  • bernie sanders
    Kwiecień 2, 2016

    I was wondering if you ever thought of changing the page layout of your blog?
    Its very well written; I love what youve got to say.
    But maybe you could a little more in the way of content so people could connect with it
    better. Youve got an awful lot of text for only having one or 2 pictures.

    Maybe you could space it out better?

  • bastcilkdoptb
    Kwiecień 4, 2016

    When I originally commented I clicked the -Notify me when new comments are added- checkbox and now each time a comment is added I get four emails with the same comment. Is there any way you can remove me from that service? Thanks!

  • seo fiverr
    Kwiecień 8, 2016

    Great, thanks for sharing this blog.Much thanks again. Cool.

  • cocoservice
    Kwiecień 14, 2016

    C3vpMi Thankyou for this post, I am a big big fan of this site would like to continue updated.