Życie moje najdroższe – obchody Dia de los Muertos w Meksyku / The Day of the Death – Mexican style

0 Permalink

FOR ENGLISH SCROLL DOWN

Dia de los Muertos, czyli obchody święta zmarłych w Meksyku, należą do dosyć nietypowych, jeśli spojrzeć na nie z europejskiego punktu widzenia. Przygotowania rozpoczynają się tu już na długo przed świętem, a same celebracje trwają dobrych kilka dni. Radosna atmosfera oczekiwania przypomina tą sprzed Świąt Bożego Narodzenia. Pierwszy listopada skupia się na wspomnieniach dusz małych dzieci (aniołków – hiszp. angelitos), natomiast 2.11 to czas “spotkań” z dorosłymi. W tym roku obchody poświęcone są ofiarom tragicznego trzęsienia ziemi, które miało miejsce we wrześniu. Domy, restauracje i sklepy są kolorowo udekorowane kwiatami, wycinankami i motywami związanymi ze śmiercią. Stawiane są pomniki Świętej Śmierci (hiszp. Santa Muerte), wszechobecne stają się bogato zastawione ołtarze poświęcone zmarłym, a stragany niemal uginają się od ciężaru przedmiotów, które należy nabyć, aby odpowiednio uczcić kres życia. Oglądając sprzedawane na targach cuda, można odnieść wrażenie, że niejednemu zmarłemu opłaciło się opuszczenie ziemskiego padołu. Wszak mnogość otrzymywanych podarków swoje kosztuje.

Uroki życia po śmierci

Jednym z ważniejszych punktów celebracji jest przygotowanie ołtarza zmarłego, tzw. ofrendy. Trudno ich nie zauważyć, gdyż stawia się je zarówno w domach prywatnych, jak i w wielu miejscach publicznych.
Wśród elementów, które się na nich pojawiają, są m.in. wizerunki świętych, w tym bardzo często Matki Boskiej z Guadalupe, która cieszy się tu ogromnym poważaniem. Jest też zdjęcie zmarłego, intensywnie pachnące kwiaty – pomarańczowe aksamitki (tradycja meksykańska mówi, że to właśnie zmysł węchu jest najlepiej działającym u zmarłych, i mocny aromat roślin ułatwi duszom znalezienie drogi na Ziemię), krzyż – jego figurka bądź kształt usypany np. z kwiatów, wspomniane już kolorowe wycinanki oraz pan muerto – chleb zmarłego, którym może się posilić przez noc (nie jest w stanie go skonsumować, jednak może “poczuć” jego smak). W tym celu stawia się mu również słodkie przysmaki, nierzadko w kształcie czaszki bądź jego ulubione trunki i smakołyki. Wśród nich bardzo często pojawia się Coca-Cola – napój uwielbiany przez Meksykanów, dostępny tu w niemal każdej możliwej pojemności, od 200 ml po trzylitrowe butle.

Ze śmiercią jej do twarzy

Mimo iż dzień Wszystkich Świętych celebrowany jest w duchu katolickim, wyraźne są tu wpływy zarówno amerykańskiego Halloween, jak i lokalnych zwyczajów ludowych. Postać Świętej Śmierci (hiszp. Santa Muerte) choć nie jest oficjalnie uznawana przez Watykan, została bohaterką parad, a jej figurka stawiana jest w wielu domach na jednej półce obok chociażby papieża Jana Pawła II (który nota bene jest tu postacią uwielbianą i dorobił się całkiem sporej kolekcji pomników i gadżetów z obszaru turystyki religijnej). Święta Śmierć to bohaterka kultu gangsterów i przemytników, ale też przedstawicieli innych grup społecznych, które zwracają się do niej z modłami – nie zawsze z najczystszymi intencjami. Równie popularny jest wizerunek Catriny – przypominającej Świętą Śmierć damy – kościotrupa, bohaterki dance macabre, której satyryczny styl i charakter jest kolejnym elementem oswajania tematu śmierci przez mieszkańców Meksyku. Typowy jest dla niej mocny makijaż i trupioblada twarz – wszak inspirowała się ona modą europejską i próbowała “wybielić” w oczach innych – nie tylko ze swych niecnych uczynków.

Podczas pobytu w miejscowości Veracruz dane nam było zobaczyć ogromne pochody pełne dziewcząt z charakterystycznym makijażem Catriny na twarzach. Z kolei tuż przed końcem listopada wzięłyśmy udział w kolejnym spotkaniu przebierańców.
Przez centrum miasta Puebla przewijały się setki albo i tysiące osób w genialnie dopracowanych kostiumach czarnych charakterów ze świata popkultury. Wolno krocząca, bosa dziewczynka w białej płachcie i z czarnymi długimi włosami zaczesanymi na przód twarzy zdobyła nasze serca. Samara z “The Ring” jak żywa. A może wrecz przeciwnie? Przebierańcy kroczyli po placu ze skarbonkami w kształcie dyni w rękach i zbierali drobne od przechodniów, chętnie robiących sobie z nimi zdjęcia. W pewnym momencie grupa rozstąpiła się i przez plac przeszedł marsz protestujących przeciwko amerykanizacji święta zmarłych. Wydawało się, jakby nikt się nim specjalnie nie przejął.

Just remember, that death is not the end

Pierwszy dzień listopada spędziliśmy w różnych częściach Mexico City, obserwując poprzebieranych mieszkańców. Ilość osób, która wyszła świętować na ulice, była przeogromna – do tego stopnia, że po niektórych ciężko się było poruszać, nie mówiąc już o znalezieniu jakiegokolwiek miejsca siedzącego. Ze zdumieniem przyglądaliśmy się dopracowanym do perfekcji ołtarzom, wystawionym przy jednej z ulic w centrum miasta.

Drugiego dnia wybraliśmy się na obchody do pobliskiego miasteczka – San Andres Mixquic. Wedle wielu opinii jest to jedna z ciekawszych lokalizacji do obserwowania tradycji związanych z Dniem Zmarłych. I faktycznie – nie zawiedliśmy się. Z początku mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy na jakiś odpust czy imprezę dożynkową – większość ulic w wiosce zajęta była przez stoiska sprzedające jedzenie (ot chociażby marchewki czy rzodkiewkę podsypaną chilli i sokiem z limonki, ciasta i oczywiście dużo mięsa), napoje (domowy poncz oraz sody), kostiumy, figurki a także odzież. Można było skorzystać z usług pań robiących makijaż Catriny bądź nabyć zabawki, kwiaty, znicze oraz elementy, które można ułożyć na grobie. Pomimo oficjalnego zakazu, pokątnie sprzedawano też piwo. Wszystko to w rytm melodii z głośnika bądź lokalnego grajka. Muzyka to także jeden z nieodłącznych elementów obchodów tego dnia.

Mimo tłumu ludzi i sporej grupy turystów, wyróżnialiśmy się jako osoby zza oceanu. Wielu ludzi podchodziło do nas z prośbą o zdjęcie. Mogliśmy poczuć się jak prawdziwi celebryci. Najciekawsze to zapewne ujęcie Beti i Kacpra z dwójką Meksykanów i portretem polskiego papieża w tle. Nagłe obok Gaspara pojawiła się mała dziewczynka, wpatrując się w niego bez słowa. ”Czy ofiarowalibyście mi swoje zdjęcie z Juanitą” – spytała matka małej z nadzieją w oczach. Takiej prośbie nie mogliśmy odmówić. Kasia B. ròwnież otrzymała propozycję nie do odrzucenia – zdjęcie z dziewięcioma młodymi Meksykanami, którzy natychmiast po jego zrobieniu, rozpierzchli się każdy w swoim kierunku. Mężczyźni.

 

Otrzymaliśmy też ofertę oprowadzenia po miasteczku z lokalnym, prawie anglojęzycznym przewodnikiem (i w tym wypadku “prawie” stanowi słowo klucz), dzięki któremu poznaliśmy nieco więcej meksykańskich wierzeń, jak chociażby to o króliku, który wskoczył na księżyc i został tam na zawsze. Pozwólcie, że na tym poprzestaniemy przytaczanie.

Cmentarz po zmroku wyglądał naprawdę niesamowicie. Mimo długiej kolejki, udało nam się tam zajrzeć i pooglądać przepięknie udekorowane groby. Według oprowadzającego nas przewodnika, co roku wybierany jest najładniejszy. Poza fantazyjnie ułożonymi, pachnącymi kwiatami i płonącymi zniczami, znajdowały się tam też kadzidła o intensywnym aromacie. Podobno mają one zarówno funkcję oczyszczającą a także podobnie jak kwiaty – swym zapachem mają pomóc duszom trafić do właściwego miejsca. Przy grobach siedzieli bliscy zmarłych, rozmawiając wesoło lub zanurzając się w zadumie i refleksji. Chociaż świętu towarzyszą różne wesołe akcenty, to tak naprawdę Meksykanie podchodzą do tego dnia bardzo podobnie do nas – wspominają tych, którzy odeszli i przeżywają ich stratę. Jednak dzięki obecnemu u nich humorystycznemu aspektowi śmierci (chociażby w postaci Catriny), nie jest to dla nich tematem tabu, którego należy unikać. Wręcz przeciwnie – potrafią docenić wartość ziemskiego życia.

Po odwiedzinach cmentarza trafiliśmy na koncert, gdzie atmosfera nie była już tak podniosła, lecz jeszcze radośniejsza. Wspaniałe to było doświadczenie i nietypowe obchody, ale w końcu – jak wierzą Meksykanie – śmierć to jedynie kolejny etap cyklu życia, a strach przed nią nie ma sensu. Dlatego zaakceptujmy ją i – póki czas – korzystajmy z ziemskich uciech. Później będą nas drogo kosztować


Och, my precious life

The celebration of El Dia de Los Muertos, the Mexican version of the All Saint’s Day, may seem a bit unusual when we look at it from the European perspective. Preparations begin long before the celebration itself, which usually lasts a couple od data. Joyful atmosphere of expectation resembles the moment just before Christmas. The first day of November focuses on remembering the souls of little children (angels – spa. angelitos), while the day after is the time of “meetings” with adult deceased. This year’s celebrations are dedicated to people who died in the tragic earthquake that happened this September in Mexico. Many places are colourfully decorated with flowers, paper cuts and patterns associated with death. There are also statues of Santa Muerte (the Saint Death) and richly set up altars for deceased. The stalls can barely stand the weight of things you need to buy to honour the people, who passed away. Seeing all the precious wonders being sold on the markets, you can get an impression that it was worth it to hit the calendar and the death wasn’t such a bad business after all.

Life after death

One of the most important parts of the celebration is preparing the altar (ofrenda) for the dead relative. These are hard to miss and can be found not only in private houses but also in many public areas.
Each altar contains a few components e.g. images of saints, especially Our Lady of Guadalupe, who is deeply admired by many people here, a picture of the deceased and Marigolds – orange, flowers with a very intense smell. According to the Mexican tradition, the sense of smell works best for the dead and this strong aroma helps them with finding the way back to Earth. There is also a cross in a form of figurine or a pattern made from flowers, colourful paper cuts and the bread of the dead (he cannot eat it, but can feel its taste). He also relishes on skull-shaped cakes or his beloved treats and beverages. The most common one is, of course, Mexican’s very favourite Coca-Cola (available in many different sizes – from 200 ml up to 3-litre bottles). They drink a whole bunch of it.

Death suits you well

Although the All Saint’s Day is celebrated by Catholics, there is a visible influence of American Halloween and traditional customs. In spite of the fact that Santa Muerte is not officially accepted by Vatican, she became a hero of Mexican parades. You can find her statue in many houses, e.g. next to the one of John Paul II (who is adored by a huge group of people here – there are many sculptures and gadgets associated with him). Santa Muerte is an important saint for gangsters and drug traffickers, but also for people from different social groups, who pray to her with their (un)clean intentions.
A very well known one is also the image of la Catrina – a skeleton woman resembling a bit Santa Muerte. A character of dance macabre. Her satirical style is just another Mexican way to familiarize with a subject of death. It is typical for her to wear a strong make-up with crystal white face. In order to be in line with the European fashion, she tried to be innocently white – to come clean not only about her ignoble deeds.

During our stay in Veracruz, we had a great chance to see a huge march with girls wearing a characteristic Catrina’s make-up. Moreover, just before the end of November, we took part in another masquerade. In the city centre of Puebla, there were hundreds or even thousands of people disguised in an amazing way as popular villains from the pop culture world. Our favourite was slowly walking, barefoot girl in a white dress and with long, black hair in front of her face. The resemblance to the character of Samara from “The Ring” movie was uncanny and she looked very alive.
Masqueraders walked through the square with little, pumpkin-shaped money boxes in their hands. They were collecting money from the ones, who wanted to take a picture with them.
In one moment, the group had to move away, because of the bunch of protesters, fighting and screaming against the Americanization of the Day of the Dead. Although they were pretty loud, nobody really cared and people celebrated happily ever after.


Just remember, the death is not the end

We’ve spent the first of November in different districts of Mexico City. The number of people celebrating on the streets was enormous – to such an extent, that it was hard to move, not to mention difficulties with finding a place to sit down. We were truly astonished by the looks of carefully crafted and decorated altars displayed in the city centre. On the second day, we went to a small town near the capital, called San Andres de Mixquic, as it is considered one of the best places to be for traditional Day of the Dead celebration. Indeed, we were far from being disappointed. At first, we had an impression we ended up on some sort of a church fair – the area was full of food stalls: carrots and radishes dipped in lime and chilly, cakes and o course loads of meat. You could also buy drinks (mostly homemade punch and softs), costumes, figurines and clothing. You could get the Cathrina make up, buy toys, flowers, candles and other things to put on tombs. Despite official prohibition, some street vendors were also selling beer from under the counter. All to the rhythm of music played by local musicians and loudspeakers. This is one of the most important elements of the celebration.

Despite crowds of local tourists, our exotic look made a lot of people come over with requests to take a picture with us. We could feel as if we were true celebrities. By far the best shot is the one of Betty and Gaspar with a huge portrait of the Polish Pope and two men. Straight after a little girl appeared just next to Gaspar and started to stare at him speechless. “Could you please spear us one picture with Juanita?” – asked her mother. Kasia B. also got an offer she could not refuse – a photo with nine young Mexicans, who scattered straight after. Men.

We were offered a guided tour around the city with local, almost English speaking guide (almost, yet not quite as much as we thought). We got to know about ancient Mexican tales, like the one about a rabbit, that jumped on the moon and decided to stay there forever. Allow us to stop it there.

The cemetery in the dark looked truly amazing. In spite of long queues, we’ve managed to have a gander and admire beautifully decorated tombs. According to our guide, each year there is a contest for the most charming one. Apart from shapes formed from flower petals, the area was filled with the scent of candles and incense. They are thought to have a purifying function and, similar to the flowers, are supposed to guide lost souls to the right place. The relatives of the deceased were sat by the graves, devoting themselves to lively chatter and deep contemplation. Although the celebration is quite cheerful, Mexicans approach it in a similar way to the Poles – they recall dead members of their families and think about their loss. Owing to humorous approach towards death, it is not a taboo topic, something that one would aim to avoid. On the opposite – it helps them grasp the meaning of the life on earth. After visiting the cemetery, we went to see a concert of some local bands. The atmosphere was far more joyous. It was exceptional to experience how Mexicans celebrate these special days. We could learn a lot from their beliefs – death is just another cycle of life, hence the fear towards it does not make much sense. The best solution is to get to terms with it and in the meantime, appreciate all the earthly joys. We will pay for it when the time comes.

Comments are closed.