Nasza wielka, północna ucieczka / Our great, northern escape

0 Permalink

FOR ENGLISH SCROLL DOWN

Zmęczeni chaosem Mexico City, znów marzyliśmy żeby się stąd wyrwać. Jako że do festiwalu został nam ponad tydzień, postanowiliśmy odbić nieco na północ.

Najlepszą opcją na kilkugodzinną podróż (dystanse nigdy nie będą już krótsze) wydał nam się nocny autobus. Nieco zatrwożyła nas informacja o tym, jak częste bywają napady na owe środki transportu, szczególnie po zmroku. Jako, że ostatnia wzmianka o podobnym wydarzeniu była z roku 2011, postanowiliśmy zaryzykować. Schowawszy wszystkie kosztowności, perły, diamenty i paszporty przed oczami grabieżców, z odwagą ruszyliśmy na dworzec. Ku naszemu szczeremu zaskoczeniu, autobus okazał się być szczytem luksusu. Monitoring, Wi-Fi, wyprawka w postaci kanapki oraz napoju a także tablety z filmami i muzyką. Warunki niczym w Boeingu bliskowschodnich linii lotniczych. Nawet poduszeczka pod główkę i rozkładane, szerokie fotele. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że po niecałej godzinie jazdy zakręty były tak dzikie, iz żadne z nas tej nocy nie zmrużyło oka.

Nasz następny cel to kolejne „pueblo magico” – małe miasteczko na północ od stolicy, o uroczej nazwie Xilitla. Oby była tego warta – myśleliśmy w duchu. Położone w regionie Huasteca, poza sporą ilością karaluchów (latynoscy krewni naszego azjatyckiego Toma Pepito – Don Pepe z rodziną), słynie z przepięknych Las Pozas. Jest to kompleks naturalnych basenów i wodospadów, połączonych z subtropikalnymi ogrodami pełnymi surrealistycznych rzeźb. Gaspar już od dawna marzył żeby się popluskać i jako jedyny zabrał w trasę kąpielówki…

Miasto karaluchów i wodospadów moc

So surreal, it can’t be real

Las Pozas (hiszp. baseny), to dzieło angielskiego artysty Sir Edwarda Jamesa. Długo poszukiwał on odpowiedniego miejsca na zrealizowanie swego marzenia – stworzenia raju na ziemi. Xilitla okazała się idealnym miejscem, ze względu na położenie i bogactwo środowiska naturalnego. Wrażenie jest doprawdy magiczne. Łatwo można zatracić się w labiryncie rzeźb przejętych przez tropikalną dżunglę. Tak zauroczylo nas to miejsce, że nim dotarliśmy do basenów, zaczęło powoli zmierzchać. Następnym razem, Gaspar.

Sama Xilitla ma niesamowity urok. Babcie handlujące mandarynkami i kanapkami o poranku, trzech mężczyzn sprzedających jedną pietruszkę, ryneczek i kościół – rezultat chrystianizacji regionu. O poranku budziły nas dźwięki dżungli – niesamowite głosy egzotycznych ptaków, lepsze od każdej playlisty na Spotify’u.  A wieczorami? Gorące rytmy muzyki na żywo.

Xilitla jest też jednym z miejsc wypadowych do pobliskich jaskiń i wodospadów. Postanowiliśmy wybrać się do jednego z bardziej malowniczych o nazwie Tamul. Żeby zwiedzić je wszystkie musielibyśmy zabawić tu nieco dłużej. Wycieczka zorganizowana, w przeciwieństwie do tych w Azji, okazała się mniej opłacalna niż opcja DIY. Odrobina orientacji w terenie i środkach transportu sprawiły, że na dzienną wyprawę wydaliśmy o połowę mniej, mimo że część trasy przebyliśmy taksówką. Poczciwy pan taksiarz zaproponował, że poczeka na nas kilka godzin relaksując się w cieniu. To właśnie wzorowy przykład słynnego, meksykańskiego chillu, który mamy nadzieję doskonalić przez kolejne tygodnie tutaj. Tymczasem my razem z grupą Meksykanów wsiedliśmy na długi kajak zwany lancha i powiosłowaliśmy przez malowniczy wąwóz ku odkrywaniu cudów natury. Po półtorej godziny wiosłowania, dotarliśmy do wodospadu. Z dala od siłowni nie należy zapominać o wzroście i rozwoju bicka. Pozwolono nam podpłynąć jedynie do pobliskiego głazu, który okazał się obowiązkową miejscówką do selfie (na szczęście nie śmiercionośnego). W drodze powrotnej zahaczyliśmy o jaskinię, w której wnętrzu można było popływać podziwiając jednocześnie zwisające stalaktyty. Był to zbiornik o głębokości ponad 20 metrów. Nie musimy mówić, że Gaspar był w 7 niebie. Mimo ryzyka, pokusił się o skok w głębinę bez kapoka. Czy ciągle jest z nami? Przekonacie się już niebawem.

Meet me in San Luis 

Wertując gruby przewodnik i wsłuchując się w rekomendacje lokalnej ludności wybraliśmy kolejny przystanek, jakim było miasteczko San Luis Potosi. Dodatkowo udało nam się tam zorganizować wolontariat w hostelu dla całej czwórki. Nie dajcie się zwieść odległości przedstawianej na Google Maps – czas przejazdu pokazywany tam to bodaj jeden z największych meksykańskich oszustów, pewnie zaraz po politykach i baronach narkotykowych. 300 km malowniczej trasy pomiędzy górami, podczas której żołądki niejednokrotnie podchodziły nam do gardła to niemal 9 godzin w autobusie (!). Kierowca z pewnością rajdowca pokonywał kolejne zakręty (hiszp. curva – przyp. tłum.), a my z mieszaniną podziwu i strachu wyglądaliśmy przez okno, starając się nie zwracać uwagi na liczne przydrożne krzyże. Profesjonalny meksykański easy rider dowiózł nas bezpiecznie do celu. Witajcie w San Luis Potosi.

Hostel Sukha na tydzień stał się naszym domem. Miejsce funkcjonowało od zaledwie dwóch miesięcy i było niezwykle przyjemne. Za pracę przez 4 dni, z którą uwijaliśmy się w niewiele ponad godzinę (pomoc przy recepcji i ze sprzątaniem), mogliśmy spokojnie tu wypocząć. Poczuliśmy się trochę jak rodzina na wczasach – sprzątaliśmy po śniadaniu, wylegiwaliśmy się z książką w dłoni na tarasie i gotowaliśmy sobie obiadki złożone z przeróżnych warzyw z pobliskiego targu, a mięso i olej wreszcie odeszły w odstawkę. Nie zrozumcie nas źle – nie jesteśmy fanatykami zdrowej żywności i kebaba też chętnie zjemy, ale moment przystosowywania się do tutejszego stylu jedzenia trochę nam się przedłużył, zadając naszym żołądkom sporo cierpienia, na które nie pomagał nawet szot tequili “dla zdrowotności”. Poza tym ceny chociażby awokado, banana czy ananasa są tak niskie, że szkoda z tego nie skorzystać. Drogie są za to jabłka, jako towar importowany. W ramach zwolnienia artystycznych zapędów Kasia B. z Gasparem stworzyli na murze hostelu dwa malowidła.

Nasz szef był niezwykle serdecznym Meksykaninem z szyderczym śmiechem. Mimo swojej regularnej pracy, zawsze przychodził tu rano, a wieczorami przesiadywał z nami do późna przy piwie czy Mezcalu, racząc nas opowieściami o meksykańskiej kulturze i obyczajach bądź przybliżając kroki salsy. Dla gości zorganizował też wyjazd na pustynię w celu zakosztowania tutejszego słynnego psychodelika z kaktusa – pejotlu. Ta bogata w meskalinę, występująca na tutejszych pustyniach roślina to podobno gwarancja duchowych przeżyć i wizji. Stosowano go w celach leczniczych, rytuałach i ceremoniach religijnych, a i sam Witkacy stworzył kilka dzieł będąc pod jego wpływem. Każdemu, kto będzie w okolicy gorąco polecamy Sukha Hostel – nas już tam nie ma, ale Alejandro wciąż dba o świetną atmosferę i komfort gości.


Our great, northern escape

Tired of the capital’s hustle and bustle, we’ve been dreaming of leaving this enormous city. As we still had a few days left until the Ritual Music Festival starts, we’ve decided to discover a couple of spots in the North from Mexico City.
The best option for a few hours trip (distances will never get shorter than that here on Mexican land) seemed to be a night bus. We got a bit concerned when we’ve heard about series of robberies on buses happening recently, taking place, particularly at night. After a brief debate, we’ve decided to play our lucky card once again and give this dubiously save trip a go. Having hidden all our precious belongings: pearls, diamonds and passports somewhere secure, we went to the station. To our surprise, the bus turned out to be (almost) the highest state of luxury. It was far from what we have imagined.
Monitoring, Wi-Fi, a lunch box with sandwich, drink and a little sweetie, not to mention tablets with movies and music in front of the everyone’s seat. Comforts comparable to those found in one of the Boeings from Middle-Eastern airline providers. There were even little pillows and big, comfortable seats with some space for legs. Everything would have been perfect if it wasn’t for just one small detail. After an hour of driving, the turns were so sharp, that none of us could actually fall asleep that night.

So surreal, it can’t be real

Our next destination was a little town in the north of the Mexico City called Xilitla. Located in a Huasteca region, apart from a big number of cockroaches, it is famous for its beautiful Las Pozas. It is a complex of natural pools and waterfalls (Gaspar was the only one prepared and took his swimming shorts with him) in a subtropical garden full of bizarre and surrealistic sculptures. Las Pozas (spa. pools) is the work of an English artist, Sir Edward James. It took him a long time to find a perfect spot for making his dream come true – creating a paradise on Earth. Thanks to its great location and natural environment, Xilitla turned out to be a perfect place for it. Visiting Las Pozas gives a truly magical impression. You can easily get lost in a labyrinth of sculptures, which literally “grows” inside of the jungle. We were so captivated by the beauty of this place, that before we got to natural pools, it was already dark. Well, Gaspar, the story of your life.

Xilitla itself has an irresistible charm. Grandmas selling mandarins and sandwiches from an early morning, three guys selling one parsley, little market square and a church – the result of Christianity in the region. In the morning we were woken up by the sounds of the jungle. Believe it or not, it is better than any playlist with sounds of nature on Spotify. And in the evening – hot rhythms of the live music.

Xilitla is one of the starting points for trips to the nearby caves and waterfalls. We’ve decided to visit supposedly one of the most picturesque ones named Tamul. In order to visit them all, we would have to stick around here for a while longer. An organised trip, opposite to those in Asia, worked out more expensive than going DIY style. A little bit of field study and research about transportation allowed us to pay half the price, even though we’ve travelled half the price with a taxi. A good-hearted taxi driver offered to wait or us for a couple of hours just relaxing in the shadow. It is a textbook example of the famous, Mexican chill, that we wish to keep mastering during our stay here. In the meantime, we and a bunch of Mexicans jump on a long kayak called lancha and paddled through a picturesque cove discovering the wonders of mature. After an hour and a half of paddling, we got to the waterfall. While being away from the gym regiment, one mustn’t forget about the growth and development of the biceps. We were allowed to swim up to the big rock facing the waterfall (a mandatory place to take a selfie, hopefully not the deadly one this time). On the way back, we’ve passed by a cave with water inside, where we could swim while admiring the hanging stalactites. It was a reservoir 20 measuring 20 meters of the depth. Needless to say, Gaspar was in the 7th heaven. In spite of the risk, he plunged deep into the water without the rescue jacket on. Is he still with us? You’ll soon to find out

Meet me in San Luis

While browsing through a thick guidebook and listening to recommendations of locals, we’ve chosen our next stop – the city of San Luis Potosi. Additionally, we’ve managed to get into a volunteering program for the four of us. Don’t get fooled by the distance showed on the Google Maps – the time of the travel showed there may be one of the worst Mexican cheaters (probably after politicians and narco traffickers). 300 km of astonishing route, during which our stomachs were more keen than going up to our throats was more than 9 hours with a bus (!). Our driver was storming through the turns (spa. la curva) with the bravery of a formula 1 rider, as we were left admiring the sights behind the window, trying not to pay attention to the side roads crosses. The professional Mexican easy rider took us safely to our destination. Welcome to San Luis Potosi.

The hostel Sukha became our home for almost a week. The place was up and running only two months ago and was utterly pleasant. In exchange of working for 4 days a week, which work we were managing to complete in less than an hour per day (by helping with the reception and doing general cleaning and maintenance), we got the relax of our lives. We felt almost as a family on holidays – cleaning after the breakfast, lying down on the terrace with a book in our hand, cooking dinner together. Prepared using vegetables from the local market, we left the meat and olis behind for a while. Don’t get us wrong – we’re not the healthy food natzies and we will gladly munch on a kebab once in a while. Yet getting accustomed to the local cuisine took us a while and caused a lot of suffering to our stomachs. Even a shot of tequila “for the good health” did not help as much as we had expected and hoped. Another thing was that the prices of things such as avocados or bananas were insanely low. We couldn’t possibly take an advantage of it. Apples, on the other hand, are quite expensive, as imported goods.

In order to satisfy their artistic needs, Kasia B. and Gaspar have created murals on the walls of our hostel. Our boss was extremely kind Mexican with a mocking smile. In spite of having a regular job, he was here with us every morning. He was coming back each evening to share the stories about Mexican culture and a glass of beer or mezcal. He also showed us some dancing moves, which took us a step closer on our journey to master salsa. Along with some guests, he went on a trip to try one of locally famous psychedelic from a cactus – peyote. This very common in the area, rich in mescaline plant is thought to be a guarantee of spiritual experience and visions. It has previously been used in medicine as well as in religious ceremonies. Our famous artists Witkacy created some of his prices of art while being under its influence. For those of you who plan to visit San Luis Potosi, we sincerely recommend the Sukha Hostel. Although we are not there anymore, Alejandro I taking a good care p the good atmosphere and the comfort of his guests. As far as we are concerned, it’s time o come back to the capital and greet the next hatch of friends coming to join us from Iceland. We hope to feel the fresh breeze of summer while on the summer music festival. Be certain to be kept updated.

Comments are closed.