In the land of neverending music, divine chill and mountains high

0 Permalink

FOR ENGLISH SCROLL DOWN

 

Jednym z kolejnych punktów naszego zwiedzania Meksyku był festiwal muzyki psytrance, odbywający się nieopodal “naszej ukochanej” stolicy. Kasia, która pół wakacji spędziła bawiąc się bądź pracując przy festiwalach, wyszukała go już dawno temu, kierowana ciekawością, jak takie imprezy wyglądają na innym kontynencie. Gdy zobaczyła, że dzień rozpoczęcia festiwalu pokrywa się z datą jej urodzin, natychmiast przestała wierzyć w przypadki. Wszyscy wielokrotnie uczestniczyliśmy w tego typu eventach, a fakt, że obcokrajowcy mieli wstęp za darmo tylko przyśpieszył naszą decyzję – jedziemy na Ritual Festival! Pęd ku zabawie i podróży zakiełkował i w głowach naszych znajomych – na dzień przed festiwalem dołączyli do naszej skromnej ekipy Dominika zwana Domi, Marcin zwany Grabkiem i Paweł tj. Krzep, dzięki czemu dokonaliśmy “polskiej inwazji” w nieskromnej liczbie siedmiu osób. Jak na krótkie wakacje na innym kontynencie, drużynę udało się zebrać całkiem liczną. Mimo “drobnych” opóźnień lotu naszych znajomych oraz drobnych problemów z niedostarczeniem bagażu (czyżby meksykańskie standardy?), udało nam się spotkać i uczcić to spotkanie długo oczekiwanym przez naszych przyjaciół szotem tequili. Jako, że Mexico City nie miało nam już wiele więcej do zaoferowania, spędziliśmy wspólnie kilka dni zwiedzając nieliczne, pozostałe nam do zobaczenia muzea i nadrabiając zaległości. Racząc nasze głodne sztuki oczęta widokiem murali Diego Rivery w Palacio de Bellas Artes, oswajaliśmy nowoprzybyłych z urokami stolicy. Niedługo potem ruszyliśmy na wielką meksykańska fiestę.

Ritual Festival miał wszelkie elementy, które pozwoliły nam na świetnią zabawę, poza kilkoma drobnymi szczegółami. Osoba odpowiedzialna za umiejscowienie pola namiotowego najpewniej nigdy nie powinna ujawniać swojej tożsamości, gdyż jest odpowiedzialna za brak snu u wielu osób. Camping znajdował się bowiem zaledwie kilka metrów od jednej ze scen, z której przez 3 dni, 24 godziny na dobę grana była elektronika z gatunku dark psytrance, której tempo (nie)znośnie grubo przekraczało słynne “standardowe” 150bpm. I o ile na Kasię rytmiczne uderzenia działały jak piękna kołysanka (najpewniej dźwięk wybuchu wulkanu to dla jej uszu lekko mocniejszy bas) i pozwalały spać jak dziecko, o tyle reszta zapychała uszy stoperami z zapałkami na oczach. Zaskakującym było, że po tych 3 nieprzespanych nocach, bit zaczynał wkręcać się nie na żarty.

Drugą palącą kwestią było mocno swobodne podejście organizatorów do kwestii higieny. Po ledwo przespanej nocy Beti wstała aby dokonać porannej toalety. Po krótkich, acz intensywnych poszukiwaniach i rozmowie z kilkoma zorientowanymi przechodniami, okazało się że zagrożenie brudu jest realne a o przelewkach możemy zapomnieć. Na festiwalu nie ma bieżącej wody! Należy nadmienić, że był to teren pustynny i kurzu nie brakowało zarówno na naszych ubraniach, jak i w drogach oddechowych. Jak potwierdziliśmy później z organizatorami, w tym roku nie udało się załatwić pryszniców ze względu na ograniczenia lokalizacyjne. Jak dodali, jeśli mamy ochotę, możemy okąpać się w pobliskim jeziorze, które przypominało raczej zamulony staw.  Jako, że oznaczało to brak bieżącej wody, postanowiliśmy działać. Beti, Gaspar i Kasia B. wyjechali na misję ku czystości do lokalnych łaźni publicznych w pobliskiej miejscowości Texcoco. Początkowo chcieli wybrać się na basen, jak się jednak okazało, publiczne baños są tu niemal na każdym rogu. Swoją popularność zawdzięczają wybudowanym w 1431 roku przez lokalnego gubernatora “Króla – Poetę” łaźniach Nezahualcóyotl, które wraz z otaczającymi je ogrodami, miały być zwiastunem świetności jego panowania i rozwoju kulturowego.

Mimo mniejszych i większych niedogodności zabawę wspominamy dobrze, a sam festiwal zmobilizował Kasię i Marcina do wzięcia udziału w kolejnym tego typu – tym razem zdecydowanie bardziej międzynarodowym Cosmic Convergence w Gwatemali. Nie zastanawiając się zbyt długo, aplikowali do pracy w roli wolontariuszy. Ich zgłoszenie zostało przyjęte już parę dni później, co zadecydowało o planach podróżniczych na dalszy czas.

Czym Oaxaca bogata

Po festiwalu pożegnaliśmy się z Pawłem i Dominiką (urlopy zawsze są za krótkie, w Meksyku nie jest inaczej) i w piątkę ruszyliśmy na południe ku prowincji i miastu Oaxaca. Region ten, jako nieskażony przez hiszpańskich kolonizatorów, słynie z bogatego folkloru, mnogości wyrobów ręcznych, serów oraz… czekolady. To ostatnie zwróciło szczególną uwagę uzależnionej od kakaowych słodkości Kasi. Nadszedł również czas aby pozwolić sobie na odrobinę zakupowego szaleństwa. Naszym kolejnym celem był market wyrobów ręcznych (el mercado de artesanias), gdzie starsze panie handlowały kuszacymi wizualnie cudownościami: od szali, chust, swetrów i dywanów, po plecaki, paski, artykuły skórzane, kolczyki i różnorakie bibeloty. Istny raj dla wielbicieli sztuki natywnej i różnego rodzaju folkloru. Zachwyceni postanowiliśmy uszczuplić nieco nasz budżet, podejmując mniej lub bardziej racjonalne decyzje zakupowe i wzbogacając jednocześnie kieszenie uroczych staruszek.

Spróbowaliśmy również słynnej oaxackiej czekolady w słynnej sieci Mayordomo. Jej stała forma była lepsza niż płynna, która wbrew oczekiwaniom nie okazała się tak zwanym gęściochem, a raczej słodkawym kakao i nie zachwyciła podniebień jak zachwycić powinna. Nie rozczarowaly nas za to meksykańskie robaki – kruche i z dodatkiem chili, pasowały do piwa lepiej niż chipsy.

Na następny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę do skalnego wodospadu Hierve el agua. Dotarliśmy tam dzięki colectivo (lokalny autobus) oraz camionecie (coś w rodzaju busika z otwartą paką).

Już sama droga była naprawdę imponująca. Ostrym, górskim zakrętom, wybojom i pięknym widokom nie było końca. Jednak to co zastaliśmy na miejscu zapierało dech w piersiach. Wielki wodospad powstały w wyniku nalotów skalnych otoczony ogromem górskiej natury oglądany z perspektywy błękitnowodnych basenów na skraju przepaści. Poza lodowato zimną wodą nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń. Ze śmiałością nieustraszonego nastolatka, wskoczyliśmy do środka, czerpiąc przyjemność z tego nagłego powiewu chłodu, podobnego do zimnego prysznica po saunie na norweskich fiordach. Nadchodzący nieuchronnie zmrok zmusił nas do zakończenia kąpieli na wysokości. 

W górach wszystko smakuje lepiej

Kolejnego dnia pojechaliśmy dalej w głąb prowincji do małej, wysokogórskiej miejscowości San Jose del Pacifico – częsty przystanek na drodze wędrujących w kierunku zachodniego wybrzeża. Położona na wysokości ponad 2500 m.n.p.m. była ona jeszcze mniejsza niż się spodziewaliśmy – całość zabudowy skupiona wokół jednej tylko, głównej ulicy a turystów niemal ani śladu. Wynajęliśmy chatkę z kominkiem (noce bywały tu przeszywający zimne), widokiem na góry i oczywiście tarasem z (obowiązkowym) hamakiem za cenę podrzędnego hoteliku w stolicy. Region ten słynie z występujących tutaj licznie grzybów, których mieliśmy okazję spróbować. Lokalny przysmak – zupa grzybowa – połechtał nasze kubki smakowe do tego stopnia, że z żalem oddawaliśmy kelnerowi wylizane do cna miski.

Poznaliśmy również dwudziestojednoletniego Paolo, który jest prawdziwym nomadem z powołania. Wraz ze swoją matką podróżują po Meksyku, raz na jakiś czas zatrzymując się w miejscu, które czymś ich urzecze, oferując przy tym górskie wycieczki i oczyszczające rytuały. Paolo zabrał nas na jeden z nich, był naszym przewodnikiem i przyjacielem. Zaprezentował nam również imponujący tybetański śpiew gardłowy, którego uczy się już od jakiegoś czasu. Gdyby nie doskwierające wieczorami zimno i resztki pofestiwalowego przeziębienia, pewnie zostalibyśmy tu jeszcze dłużej. Jednak wybrzeże wołało, nęcąc swoim ciepłem i plażowaniem, na które tak długo czekaliśmy. Już zjeżdżając z gór naszymi wiernymi towarzyszami – złowrogimi serpentynami (hiszp. curvas peligrosas), zaczynaliśmy czuć nosem klimat nadmorskich miejscowości dodający nam otuchy.

Co wjechało na górę, musi spaść w dół, gdzie fale mordercze a chill iście boski

Jako, że od początku wyjazdu nie uśmiechało nam się wcale zwiedzanie wielkich resortów dla bogatych turystów, postanowiliśmy zatrzymać się na kilka dni w małej miejscowości Zipolite. W latach 70tych zaludniona przez hipisów, znana była z klimatu relaksu i chillu, wysokich fal i plaż nudystów. Wszyscy zdawali się żyć tutaj swoim rytmem. Właściciel hostelu na plaży, w którym się zatrzymaliśmy, okazał się być polskim żydem adoptowanym przez rodziców ze Stanów Zjednoczonych. Karol Robak, obecnie zwany Danielem, zaoferował nam domek w korzystnej cenie i dbał o nas jak o własne dzieci. Pożyczył nam kapelusze, żeby zapobiec udarowi słonecznemu, polecił miejsca które warto odwiedzić i raczył historiami ze swojej przeszłości huśtając się na hamaku z widokiem na morze. Gratulujemy pomysłu na emeryturę, Karol. Poznaliśmy również lokalnego aktywistę, Adriana z Rumunii, który przyjechał tu aby leczyć swojego kilkunastoletniego syna chorego na raka.

Za dnia chodziliśmy wylegiwać się na plaży, kultywować opaleniznę (no dobra, nie wszyscy) i walczyć (niemal dosłownie) z falami. Wieczorami, raczyliśmy się owocami morza oraz różnymi lokalnymi smakołykami z ostrą salsą i kukurydzianą tortillą w tle. Później mojito (lub kilka) na plaży i byliśmy gotowi…  do łóżeczka. Plażing bywa jednak wyczerpujący.

Bliskość morza to oczywiście wycieczki łódką, które oferowali tu niemal wszyscy. Wybraliśmy człowieka poleconego nam przez Adriana. Wyjechaliśmy bardzo wcześnie rano, aby wschód słońca obejrzeć już na pełnym morzu. Wielkie, czerwone słońce szybko wyłaniające się z morskiego horyzontu – trzeba przyznać, było to jedno z piękniejszych widowisk w naszym życiu. Po drodze, mimo braku sezonu, udało nam się dostrzec kilka żółwi i grupę delfinów, wesołych niemal jak z serialu Flipper.

Tak się nam tu spodobało, że każdego dnia schodząc na śniadanie, prosiliśmy Karola o przedłużenie rezerwacji na jeden jeszcze dzień, planując wyjazd w dalszą drogę już kolejnego – i tak przez cały tydzień. Obawialiśmy się, że nie znajdziemy już tak spokojnego, uroczego miejsca jak Zipolite, jakby ukrytego przed tłumami białych turystów. Beti z Grabkiem wybrali się również do pobliskiej miejscowości Mazunte, gdzie znajdowało się Narodowe Muzeum Żółwii z różnymi okazami zagrożonymi wyginięciem.

Już prawie mieliśmy opuścić nasz mały raj i ruszyć ku większemu Puerto Escondido, już spakowani szliśmy żeby złapać pobliskie colectivo, gdy Karol zatrzymał nas oferując podwózkę dnia następnego i nocleg w promocyjnej cenie. Nie zastanawiając się długo, wskoczyliśmy w kąpielówki i hajda z powrotem na plażę.

Opalenizna, fale, margarita, łóżeczko…

Odkryty port i niesforny plankton

Przyszła kryska na matyska – znaleźliśmy się w Puerto Escondido. Naszym głównym celem była laguna gdzie (podobno) można było zobaczyć fluorescencyjny plankton. A przynajmniej tak zachwalały liczne zdjęcia w biurach informacji turystycznych. Choć podobno nie był to szczyt sezonu a plankton wcale nie świeci na niebiesko, postanowiliśmy pojechać na jedną z oferowanych wycieczek i przekonać się jak jest na własne oczy. Od początku mówiono nam, że trudno będzie uchwycić zjawisko na jakimkolwiek zdjęciu, ale Grabek dzielnie przygotował odpowiednie obiektywy nie tracąc nadziei. Po krótkiej jeździe busem i łódką, grubo po zmroku dotarliśmy na środek laguny. Pan przewodnik przykazał wskoczyć do wody i wpłynąć do jednego z namiotów, zbudowanych aby fluorescencja była lepiej widoczna. Światła miasta i rozgwieżdżone niebo miały bowiem ograniczać oczekiwany efekt. Mocne machanie kończynami w wodzie faktycznie wywoływało delikatny, białawy blask, jednak nie wyglądało to ani w ząb jak cuda natury ze zdjęć. Nie dając się porwać rozczarowaniu, postanowiliśmy wykorzystać ten czas na pływanie w ciepłej wodzie i podziwianie gwiazd. Prawdopodobnie częściej zadzieraliśmy głowę w bezskutecznym i ciężkim po tej stronie globu poszukiwaniu Wielkiej Niedźwiedzicy, niż spoglądając w dół na “niesamowity” plankton. Przynajmniej gwiazdy nas nie zawiodły intensywnością świecenia. Kilkanaście minut później wycieczka dobiegła końca. Tym razem nie było czego fotografować.

Chiapas welcome to 

Czas Beti i Kacpra zaczął powoli dobiegać końca, jednak staraliśmy się nie myśleć o tym zbyt długo. Jako że droga do Cancun, z którego mieliśmy wylot 11 grudnia była jeszcze długa, nadszedł czas najwyższy, by odbić na północ. Jeszcze wspólnie, zakupiliśmy bilety na ponad dziesięciogodzinną podróż do miejscowości Tuxtla de Gutierrez, skąd mieliśmy blisko do okolicznego cudu natury. Canyon de Sumidero jest jednym z większych na kontynencie. 

Dwu i pół godzinna wycieczka łódką obfitowała w piękne widoki. Udało nam się również dostrzec krokodyle, iguanę, orientalne ptactwo i … całą masę śmieci która do kanionu wpływa wprost z rzeki niosącej zanieczyszczenia przemysłowe z okolicznych miejscowości.

Po zwiedzeniu tego zakątka wyściskaliśmy się na pożegnanie. Po ponad miesiącu wspólnej podróży, nadszedł czas się rozstać. – Gaspar z Beti kierowali się na wybrzeże, a Kasie z Marcinem do Palenque, odkrywać dalsze uroki Chiapas. Dumni i szczęśliwi, że udało nam się jednak wytrwać cały ten czas i wspólnie tak wiele zobaczyć, ruszyliśmy każdy w swoją stronę. 

PS: A za część pięknych zdjęć dziękujemy Grabkowi

 

 


The Festival on the desert

The next stop on our Mexican journey was a festival of psytrance music in the suburbs of “our beloved” capital. Kasia, who has spent half of her summer working (and, of course, having a smashing time) at festivals, found the event, curious to see how these look like on a different continent. When she’d checked that the date of the festival overlaps with her birthday, she realised there is no room for coincidence here. The fact that all of us are festival goers, and that the entrance was free for foreigners, left nothing to think about – Ritual Festival, here we come!

An insatiable appetite for adventure sprung up in heads of three other travel-addict friends. They got their plane tickets and joined us on a day before the festival. Meet Dominika (aka Domi), Marcin (aka Grabek) and Pawel (aka Pablo, aka Krzep). And that is how it all begun – yet another polish invasion on a foreign land or – shall we rather say – the predicted arrival of the magnificent 7. It is quite an impressive number, considering the fact that the team gathered for only a week on a different continent. In spite of minor inconveniences caused by delayed flights and lost luggage, we’ve finally managed to meet safe and sound and went to celebrate the reunion with a long-awaited shot of tequila. As the capital had nothing else to offer, we’ve spent a couple of days in sightseeing the remaining museums. Gorging on murals of Diego Rivera in Palacio de Bellas Artes, the newcomers were getting accustomed to charms of the capital. Not long after, we headed to experience the great Mexican fiesta.

The Ritual Festival had it all to let us have a great time, apart from some minor details. The person responsible for logistics should probably never reveal his/her identity, as he/she caused a lot of sleepless nights. The camping was situated only a few meters from one of the stages, where for three days, 24 hours straight music was pounding from speakers. It was not just music any though, but dark trance electronic with bmp ranging from 150 to 250. Only Kasia, for some unknown reasons, felt this insanity is a very effective lullaby that let her sleep like a happy toddler. The rest of us was just looking for a decent corner to take a nap, not to go completely mad. Strangely enough, after three nights without sleep, this beat started to feel right and made us move to the rhythm.

Another inconvenience was caused by organizer’s rather casual approach to hygiene. After one of the sleepless nights, Betty wished to refresh a little and do the mandatory morning toilette. After short, but intense search and some asking around, it turned out that we are all in danger… of staying dirty! The festival does not have access to the running water. It’s worth to mention that in the desert landscape the dust was getting not only on our clothes but also to our airways. As confirmed later on with organisers, it was not possible to install showers due to last minute logistic issues. They have also kindly suggested, that an alternative idea for a bath, would be jumping in the nearby lake, which looked rather like a muddy pond. As it meant staying dirty until the end of the festival, Betty, Kasia B. and Gaspar decided to act on it and went to local baths they have found in the nearby city – Texcoco. They were initially going for swimming pool, but as it turned out, public baths are literally on every corner of the town. Its popularity has to do with the fact, that in 1431 local governor called “The King Poet” built magnificent baths with gardens to emphasise the cultural growth of the era.

The pleasures of Oaxaca

After the festival, the time has come to bid Pablo and Domi farewell (holidays are ever too short). Not without pity of leaving friends behind, the 5 of us headed South to the city and province of Oaxaca. This region, where the Spanish culture did not have such a significant influence, preserved its folklore and handicrafts. It is also famous for its cheese and.. chocolate. The latter caught a special attention of addicted to cocoa sweets Kasia. We’ve let ourselves loosen the budget a little and do some shopping! Our primary goal was to plunder (not like the Vikings, no) the handicrafts market (el mercado de artesanias), where cute old ladies were tempting with all sorts of beautiful things: from scarfs, sweaters, carpets, to backpacks, leather accessories, earrings e.t.c. A true paradise for aficionados of the native art and folklore. Amazed by the multitude of good quality souvenirs, we’ve decided to purchase some and make the grandmas smile. We did not fail to try the famous Oaxacan chocolate from Mayordomo chain. It was better in a bar then in drink, yet it did not make us sing from joy and pleasure. A pleasant surprise, on the other hand, were Mexican grasshoppers – crispy and sprinkled with chilly made truly exceptional beer snack.

On the next day, we’ve planned a trip to the waterfall made of rock – so-called Hierve el agua. We got to the spot with colectivo (the local bus) and camioneta (something like a bus with open back). The route was truly impressive, full of curvy turns, rough bumps and beautiful views. What we saw when we got there seemed like a figment of an imagination. A colossal waterfall shaped in limestone rock seen from a perspective of sitting in a natural swimming pool on the edge of a precipice. Apart from ice cold water, we had nothing to complain about. With the joy of an adventurous teenager, we took a plunge and enjoyed the freeze, as one would enjoy an ice cold shower after a hot sauna on the fjords of Norway. If it weren’t for the coming dawn, we would probably have stayed there a lot longer.

The higher you are, the better it tastes

Next morning we’ve jumped on to a bus leading to a small town high in the mountains – San Jose del Pacifico. Located on over 2500 meters above the sea level, it stretches out along one, long street. The best thing was that there were no signs of tourists. We’ve rented la cabana (a mountain hoot) with a fireplace and a terrace with mountain view and a mandatory hammock for a price of a dingy hotel in the capital. The region is famous for its mushrooms that we had a chance to try. A local delicacy – soup from seasoned mushrooms – was so delicious we gorged on it greedily. We’ve met 21-year-old Paolo, who turned out to be a natural born nomad. He’s travelling through Americas with his mum and they do tours and rituals. We soon became our friend and guide through the mountains. He has also performed a very impressive Tibetan throat singing that he was passionately practising. If it weren’t for the freezing cold and the remainings of post-festival flu, we’d probably stick around a while longer. The coast was calling us, luring in with its warmth, suntanning and long-awaited relax with a book/kindle. Driving down on our dear friends – deadly turns (esp. Curvas peligrosas), we’ve begun to sense the heartwarming vibe of seaside towns.

Our little paradise, where chill is the real deal and the waves…  fatal

Since the beginning of the trip, we were not keen on visiting great resorts for wealthy tourists (which we were not – we truly despise them), we’ve decided to stay in a small hippie village called Zipolite. Being the hippie mecca in the 70s, it is still widely considered as the best place for the ultimate chill, big waves and the nudist beaches. Everybody here seemed to live in a different pace. The owner of one of the beach hotels we stayed at, turned out to be a polish Jew adopted by parents from the US. Karol Robak, currently called Daniel, offered us a place to stay at a decent price and took very good care of us, as a father would. He lent us hats to prevent from a sunstroke, recommended places to visit and told stories of his youth (like the one when he was a nudist bodyguard on the hippie beach) swinging in his hammock with the sea view. Great idea for retirement, Karol. We’ve also had a pleasure to meet local activist Adrian from Romania, who came to live his and cure his teenage son with cancer.

During the day we would lie on the beach, nurture our suntan (well, not everybody) and fight (almost literally) with strong waves. Each evening we would taste local cuisine: seafood, fish and local dishes with unlimited spicy salsa and corn tortillas. Then obviously mojito (or two) on the beach and we were ready… to go to bed. Believe it or not, but the chill can be tiring after all.

The proximity of the sea equals boat trips offered by almost everybody here. We’ve picked a guy recommended by Adrian and set off early in the morning to see the sunrise on the sea. Big, red sun hastily sprang out of the horizon. We must admit, it was one of the most beautiful sunrises we’ve ever seen. On the way, we’ve managed to spot some turtles and a group of dolphins, joyful almost as the ones from the TV series Flipper.

We liked it here so much, that going for breakfast every day, we would ask Karol to extend our reservation for just one more day. This process took us a full week. We were concerned we will not find more picturesque and chill place anytime soon. An enigma hidden from hoards of white tourists. To mix things up a little bit, Betty and Grabek went to a nearby town Mazunte to see the National Museum of Turtles with endangered species from the area.

One day, we’ve almost left our paradise on Earth to go to bigger Puerto Escondido. We’d packed our backpacks – this time for real – and we headed to the station to catch the next colectivo, when Karol stopped us and offered to give us a lift tomorrow morning and lower price on another night here. Not to overthink it, we jumped back in our swimming suits and went straight back to the beach.
Suntanning, waves, margaritas, bed…

The port unveiled and the invisible plankton

There it is – we’ve finally reached Puerto Escondido. Our main goal was to go to the lagoon where we could see the fluorescent plankton – a natural phenomenon recommended on many websites during our research. Although it was not the high season to spot it, and apparently it does not shine blue, we’ve decided to take one of the tours on offer to see it for ourselves. Although we’ve been told it’s almost impossible to get the picture of it, Grabek did not lose his hopes straight away. After a short bus drive and a couple of minutes on the boat, we’ve reached our destination. The middle of the lagoon, where the plankton is most visible. Our guide told us to jump into the water and dive into one of previously set up tents, to see the plankton in a pitch dark. A light coming from a distant city and stars on the sky was supposed to prevent us from spotting it well. Flicking our legs and hands in the water caused a vague, white shine to appear in the water that was nothing like in the pictures. Disillusioned as we were, we tried to enjoy the swim in the lagoon y night and admired the sky in search for the Ursa Maior. At least stars did not disappoint us. A few minutes later, we were done with the whole trip. This time there was not much to take pictures of.

Chiapas welcome to and time to say goodbye

The time of Betty and Gaspar in Mexico was slowly but surely coming to an end, but we tried not to think about it too much. The way to Cancun, from where we had our flight back was still very long; we had to start heading North. Still together – we bought tickets for a 10hours trip to a town called Tuxtla de Gutierrez – a city in the Chiapas province, near local natural wonder – the Sumidero Canyon – one of the biggest in the continent.
Two and a half hours of boat trip was full of breathtaking views. We’ve also managed to spot two crocodiles, iguana, colorful birds and … a pile of trash was coming from a nearby river straight into the canyon.

After this last trip together we said the final goodbye and set off in different directions. Betty and Gaspar to the coast of Yucatan, Kasias and Grabek to Palenque, to see more of Chiapas. Proud and happy that we’ve managed to stand each other for such a long time and see so much, off we went.

Comments are closed.