Tymczasem w Meksyku / Meanwhile in Mexico

0 Permalink

FOR ENGLISH SCROLL DOWN

Manchester, północna Anglia. Podczas gdy pył znad Sahary dmucha po oczach, a wielkie, czerwone słońce zdaje się zwiastować nadchodzący Armagedon, Beti poczynia wszelkie potrzebne przygotowania do nadchodzącej wyprawy.

Krok pierwszy – rzucanie pracy. Z nostalgią żegna się ze wspaniałymi ludźmi, których poznała pracując tu od ponad roku. Melancholia wiernie towarzyszy ekscytacji z nadchodzącej przygody. Bilety zakupiła dosyć niedawno, wyczekując potencjalnych promocji będących efektem niedawnego trzęsienia ziemi w Meksyku. Celem jest dotarcie na miejsce przed obchodami El Dia de Los Muertos – znacznie bardziej radosnej i kolorowej wersji polskich Wszystkich Świętych, czy zachodniego Halloween.

Pakowanie nie sprawia wielu problemów. Najważniejsze elementy na liście “do zabrania” to: pas na pieniądze, nerka, power bank, gimbal, składany plecaczek, lekarstwa (przede wszystkim przeciwko powszechnej w tamtych stronach klątwie Montezumy), przewodnik i jak najmniej ciuchów (z tym ostatnim nie było łatwo). Tym razem Beti zabiera ze sobą coś, a raczej kogoś jeszcze. Dołącza do niej nasz wspólny znajomy Kacper (aka Gaspar). W Mexico City spotykają się z Kasią oraz… Kasią. Wbrew pozorom to nie efekt syndromu osobowości dwubiegunowej. Kasia już od połowy października bawi w Meksyku wraz z drugą Kasią – na potrzeby rozróżnienia nazwijmy ją Kasia B. Jak wspominałyśmy przed wyjazdem w krótkiej notce na fanpage’u, w tej podróży pojawi się kilka nowych twarzy. To właśnie pierwsze z nich. Z Kasią B. i Gasparem znamy się nie od dziś i jesteśmy pewne, że ich obecność uczyni tę podróż wyjątkową… chociaż pewnie i bez nich też by taką była. W połowie listopada dołączy kolejny miot, ale o tym w swoim czasie.

Warszawa, centralna Polska. Pierwsza tura przygotowuje się do wyruszenia w podróż. Dla Kasi był to intensywny okres związany z powrotem z pracy w Szkocji, pracą przy Warszawskim Festiwalu Filmowym oraz pakowaniem. Na lotnisku w Modlinie spotkały się dwie posiadaczki jednego z popularniejszych w Polsce imion żeńskich: Kasia i Kasia. Dodajmy do tego fakt, że postać wszędobylskiej w Meksyku damy-kościotrupa nosi wdzięczne imię “Catrina” i natychmiast wszystko nabiera głębszego sensu. Właściwe osoby we właściwym miejscu.

Nasz samolot miał ruszyć z Mediolanu w poniedziałkowe przedpołudnie. Krótka drzemka w oczekiwaniu na lot mogła się skończyć bardzo niefortunnie, bo obudziłyśmy się niemal w ostatniej chwili i półprzytomne popędziłyśmy do stanowiska odpraw. Pośpiech był zbyteczny, bo samolot, zupełnie w meksykańskim stylu, również się spóźnił. Do tego stopnia, że przy przesiadce we Frankfurcie zostałyśmy zgarnięte z płyty lotniska przez podstawiony autobus i odwiezione do kolejnego samolotu. Logistyka była niemal bezbłędna, i już chwilę po wylądowaniu wystartowałyśmy ponownie. Jak się jednak okazało po kilkunastu godzinach lotu, czasu było wystarczająco tylko na “przerzucenie” osób, a nasze bagaże nie miały już tyle szczęścia. Zmęczone długą drogą, z nadzieją patrzyłyśmy na taśmę, na której nie krążył żaden z naszych plecaków.

Oczywiście.

Uspokojone przez pracownika Lufthansy drobną rekompensatą finansową i informacją, że dostarczą nam bagaże do 24h, ruszyłyśmy do naszego hotelu.

From Mexico with love

Pierwszy nocleg zabukowałyśmy już dawno. Wiedziałyśmy, że niezliczona ilość godzin w podróży da się nam we znaki i wolałyśmy mieć (s)pokój na czas przestawiania organizmu do funkcjonowania w innej strefie czasowej. Hotel wydawał się być całkiem przyzwoity. Ktoś tu sobie wziął do serca porzekadło o “dobrym pierwszym wrażeniu”, bo przy drugim już nieco tracił. Zaintrygowały nas ślad po kuli w szybie recepcjonisty, moźliwość zakupu prezerwatyw i oliwek dla dzieci, liczne kanały pornograficzne w telewizji oraz ogromne lustro przy łóżku. Sprytnie połączyłyśmy fakty i zorientowałyśmy się, że trafiłyśmy do miejsca, gdzie klienci zostają raczej na kilka godzin, a nie dni… Pozbawione sił i bagaży, poddałyśmy się romantycznej atmosferze i padłyśmy w objęcia łóżka.

Dwa tygodnie później do Meksyku dotarli Beti i Gaspar. Po drodze nie obyło się bez przygód. Ze względu na atrakcyjną ofertę cenową, zakupiliśmy lot z Londynu do Cancun, z przesiadką w Mexico City. Jako, że to ostatnie miało być naszym miejscem docelowym, mieliśmy nadzieję po cichu wymknąć się z lotniska i dołączyć do dziewczyn. Nic bardziej mylnego. Jak sprawdziliśmy wcześniej, jeśli opuścimy jeden z lotów w zakupionym pakiecie, nasz powrót do Londynu zostanie anulowany, co wiąże się z wysokimi karami pieniężnymi. Na lotnisku potwierdzono słowa obsługi klienta. W związku z powyższym podczas jednej doby odwiedziliśmy Mexico City, gdzie czekaliśmy na przesiadkę ponad 7 godzin, po czym polecieliśmy do Cancun, tylko po to, żeby przez niecałą godzinę ogrzać się w cieple wybrzeża i wsiąść w samolot z powrotem do stolicy.

Wyczerpani podróżą odpuściliśmy sobie tego dnia celebracje związane ze Świętem Zmarłych i zabukowaliśmy nocleg w hotelu o stosunkowo korzystnej cenie. Na pierwszy rzut oka wyglądał on całkiem przyzwoicie. Nieco zaskoczyły nas wiszące na ścianach ogromne lustra. Program lokalnej telewizji pozostawiał wiele do życzenia – wiele kanałów zawierało materiały o zabarwieniu erotycznym. Nie poddając sytuacji dalszej analizie, padliśmy spać.

CDMX reunion

Kilka kolejnych dni poświęciliśmy na odkrywanie uroków Mexico City (hiszp. Ciudad de Mexico – w skrócie CDMX). Miasto przytłacza swoim ogromem, hałasem, ilością ludzi na metr kwadratowy, odległościami między kolejnymi punktami zwiedzania i nieokiełznanym ruchem ulicznym. Musicie wiedzieć że rozciąga się ono na przestrzeni ponad 1400 kilometrów kwadratowych (plus otaczające je slumsy) i stanowi jedną z większych i najgęściej zaludnionych stolic świata.

Wątpliwą atrakcją jest wiszący nad miastem smog. Po kilku latach mieszkania w Krakowie, ta zawiesina pyłu nie robi już na nas wielkiego wrażenia, jednak brud, hałas i duchota w połączeniu z wysokością, na jakiej położone jest México City (ponad 2000 m. n.p.m.) dały się nam lekko we znaki. Niezrażeni tymi drobnymi niedogodnościami, spędziliśmy w stolicy kilka dni, by odkryć, co ma do zaoferowania. Wśród odwiedzonych przez nas miejsc znalazły się m.in. Muzeum Fridy Kahlo, Muzeum Antropologii, park Chapultapec Templo Mayor, centrum – Zocalo, czy artystyczna dzielnica Coyoacan lub hipsterska Roma.

Zdaje się że handlują tu wszyscy, wszędzie i wszystkim czym tylko się da. Od kabli, przejściówek, telefonów, artykułów papierniczych, przebrań i ozdób, po owoce, jedzenie uliczne i nieodzowną Coca-Colę. Ciekawym punktem był market Mercado de Sonora, który specjalizuje się w mistycznym asortymencie. I tak, obok wielkich rzeźb świętych katolickich, można zakupić fantastyczne halloweenowe stroje, płyty z przerażającymi odgłosami, perfumy z wizerunkiem świętego na powodzenie w miłości, mydła i kadzidła szczęścia oraz statuetki związane z kultem Świętej Śmierci (Santa Muerte). Współistnienie tych elementów z obszaru religii katolickiej i spoza jej granic było dla nas fascynujące, trudno zdecydować, kto jest tu jedynym słusznym świętym. Zbliżał się dzień zmarłych, więc stoiska obfitowały również w elementy, które znaleźć się miały na ołtarzykach bądź grobach; więcej szczegółów dot. tutejszych obchodów święta zmarłych przybliżymy w kolejnym wpisie.

Mimo nadmiaru wszystkiego, całkiem zgrabnie poruszaliśmy się po tym mieście. Metro działa całkiem intuicyjnie a bilet kosztuje jedynie 5 pesos (0.30 USD). Dzięki CouchSurfingowi poznaliśmy grupę ludzi, z którymi wybraliśmy się na jedną z popularniejszych meksykańskich rozrywek – Lucha Libre. Odpowiednik amerykańskiego wrestlingu, w którym zamaskowani wojownicy walczą ze sobą, efektownie wyginając swoje ciała i przebijając się w kolejnych akrobacjach. Całość jest niczym jeden wielki, cyrkowy spektakl. Walczący podzieleni są na dwie grupy: los técnicos (dobrzy) i los rudos (źli). Ci pierwsi, jak sama nazwa wskazuje, charakteryzują się idealnym, zaawansowanym technicznie stylem walki. Drudzy pozwalają sobie na bardziej różnorodne, brutalne i nieoczekiwane zagrania. Walczą zarówno mężczyźni (luchadores), kobiety (luchadoras) jak i drag (zwani exóticos). Całość trąci pastiszem i sztucznością. Słysząc przesadzone reakcje publiczności można odnieść wrażenie, że siedzi się na planie amerykańskiego sitcomu. Taki jednak tego urok, i chociaż nie wszystkim z nas widowisko przypadło do gustu, bawiliśmy się całkiem nieźle. Tym bardziej, że wieczór kontynuowaliśmy w klubie z muzyką na żywo, gdzie parkiet wypełniony był ludźmi tańczącymi do gorących rytmów. Póki co z salsą radzimy sobie lepiej, gdy stanowi dodatek do jedzenia, a nie styl tańca, ale przecież wszystko jeszcze przed nami.

Kolonialne miasteczka i starożytne piramidy

W ramach ucieczki od wielkiego miasta, Kasia z Kasią odwiedziły “pobliskie” (w kontekście tak ogromnego kraju jak Meksyk, 500 km w jedną stronę to przecież “rzut beretem”) Veracruz i Boca del Rio. Miasta na wybrzeżu, szczególnie portowe Veracruz, oczarowały swoim kolonialnym charakterem i atmosferą, a ich wielkość była zdecydowanie bardziej przystępna, niż ogrom stolicy. Nasz tamtejszy host był samozwańczym specem kulinarnym z duszą przewodnika i zasypał nas mnóstwem nazw meksykańskich specjałów. Tutejsza kuchnia – choć smaczna – obfituje w (za) dużą ilość mięsa i tłuszczu. Standardem jest rozpoczynanie dnia posiłkiem smażonym na głębokim oleju i konsumpcja podobnych aż do późnych godzin nocnych.  Mimo kuszących zapachów tych przysmaków, staramy się w miarę możliwości zbalansować naszą dietę i uzupełnić ją o owoce i warzywa. 

Sporym problemem jest ilość spożywanych napojów gazowanych. Już od najmłodszych lat mieszkańcy zmagają się z problemem otyłości. Największą popularnością cieszy się Coca Cola. Meksyk jest jednym z krajów o największym stopniu spożycia tego napoju. Można go kupić dosłownie wszędzie, a mała butelka kosztuje jedyne 5 pesos (0.25 USD).

Na wybrzeżu poznałyśmy też różnice między tequilą i mezcalem – trunki te wytwarza się w różnych stanach Meksyku, a bazą dla obydwu jest agawa. Wśród mieszkańców można znaleźć zagorzałych zwolenników jednego bądź drugiego. My również zakosztowałyśmy ich różnych wersji smakowych, zapewne nie ostatni raz w trakcie tej podróży.

Kolejnymi odwiedzonymi miastami były Puebla i Cholula. To drugie, posiadające tytuł Pueblo Magico, było jednym z bardziej klimatycznych miasteczek na naszej drodze. Kolorowe i zadbane z licznymi lokalnymi akcentami i wielką piramidą w centrum miasta.

Już we czwórkę, udaliśmy się na zwiedzanie kompleksu piramid Teotihuácan, położonych 40 km od stolicy. Dotarliśmy tam busem z Terminal Central de Autobuses del Norte za jedyne 100 pesos (5 USD) w dwie strony. Nazwa Teotihuácan oznacza dosłownie “miejsce, gdzie narodzili się bogowie”. Było ono największym w Amerykach prekolumbijskim miastem, którego początki datowane sa na okolo 100 rok p.n.e. Jako że przyjechaliśmy tam w niedzielę, która jest dniem darmowego wstępu dla mieszkańców, tłumów nie brakowało. Odczuliśmy to szczególnie przy podejściu na największą w całym kompleksie Piramidę Słońca mierzącą 64 metry wysokości i około 230 metrów szerokości. Panujący upał i kłębiące się tłumy sprawiły, że Kasia B. i Kacper zrezygnowali ze stania w kolejkach. Kasia i Beti, ku pamięci naszych komunistycznych korzeni, postanowiły wystać swoje, by zakosztować widoku z samego szczytu.

Wypoczęci i zrelaksowani mogliśmy wrócić do stolicy na dalsze śledzenie obchodów święta zmarłych.

 

 


Manchester, the north of England. When the red dust from Sahara blows in the eyes and a huge, red sun seems to be promising imminent Armageddon, Betty does all the necessary preparations for the upcoming trip.
Step one – quitting the job. Feeling a lot of nostalgia, she says goodbye to all the amazing people she has met while working here for over a year. Melancholy is accompanied by growing excitement at all adventures that are yet to come. She bought the ticket quite recently, as she was waiting for potential discounts being a result of the recent earthquake in Mexico. The goal is to get there in time to see celebrations of El Dia de Los Muertos (the Day of the Dead) – more cheerful and colourful version of polish All Saints or Western Halloween.

Packing does not seem to be causing too many issues. The most important things on the “to take” list are: money belt, bum bag, power bank, gimbal, foldable backpack, medicines (first and foremost the one for quite common in this area Montezuma curse), guidebook and as little clothing as possible (that was the hardest part indeed). This time Betty is taking along something or rather someone else. Our mutual friend Kacper (aka Gaspar) is joining her on the journey. They will meet in Mexico City with Kasia and… Kasia. In spite of what you may think, this has nothing to do with Kasia having a bipolar personality disorder. Kasia is travelling in Mexico with another Kasia – for the sake of differentiation let´s call her Kasia B. As we have already mentioned on our fanpage a while ago, you will see some new faces in this trip. These are first of them. We have known one another with Gaspar and Kasia B. for quite some time now and we are certain that their presence will make this journey very special (although without them it would probably be as good). There are more to join in mid-November – you will hear about that soon.

Warsaw, central Poland. First group is getting ready to depart. For Kasia, it was quite an intense period of time due to work in Scotland and the Warsaw Film Festival. Not to mention packing, of course. Two owners of one of the most common names in Poland have met at the Warsaw Modlin Airport: Kasia and Kasia. If you realise that the name of the popular in Mexico skeleton-woman name is “Catarina”, everything starts to make more sense. Right people in the right place.

Our plane from Milano was due to leave on a Monday afternoon. Quick nap while waiting could have turned out pretty badly, as we woke up to go to the check-in gates at the very last minute. The rush turned out to be pointless, as the plane, Mexican style, was also running late. It did so to an extent that while transferring in Frankfurt, we’ve been taken from the aerodrome area by a bus to be able to catch the next plane. Logistic was flawless. Just a moment after landing we were right back in the air. As it soon turned out, there was enough time to transfer the people, but not the luggage. Tired of a long journey, we’ve been watching the carousel, but none of our backpacks was there. Perfect. Calmed down by Lufthansa staff with some financial compensation and info that our luggage will be with us in the next 24 hours, we headed to the hotel.

 

From Mexico with love

We booked the first night some time ago. We knew that insane amount of hours travelled will leave us knackered and we wanted to have a room prepared while getting accustomed to the new time zone. The hotel seemed quite decent at a first glance but lost a lot while having a closer look at it. What intrigued us was a hole in the reception window, the fact that you could purchase condoms and baby oil and pornographic channels on the TV. The room itself was equipped with massive mirrors on each of walls. We have quickly connected the dots and figured that we ended up in a place customers stay in rather by hours than days. Lacking energy (and backpacks of course) we’ve let ourselves succumb to the romantic atmosphere and went straight to bed.

Two weeks later Gaspar and Betty arrived in Mexico. The route was full of adventures, yet not the very pleasant ones. Because of an attractive price offer, we have purchased a flight from London to Cancun with a transfer in Mexico City. As the latter was, in fact, our final destination, we silently hoped we will be able to sneak out of the airport and join the girls. Nothing could be further from the truth. As we have checked before with the service provider, if we miss out one of the flights in the batch our flight back to London will get cancelled and we will be charged quite a large fee. We have confirmed the info on the spot – sneaking out was not an option. All in all, in the timespan of 24 hours, we visited the capital, where we had been waiting for the transfer for more than 7 hours, just to jump on the plane to Cancun, sunbathe a little in the heat of the coast and get right back on the plane to Mexico City.

Exhausted after a long trip, we decided to skip this day of celebration of El día de Los Muertos and called it a night. We have booked a room in a hotel for a very good price. It turned out it looks pretty decent at the first glance. We were a bit surprised by huge mirrors hanging on each wall. The local TV left a lot to be desired – there were many channels with pornographic content. Not analyzing too much, we fall asleep in an instant.

 

CDMX reunion

Finally, all together, we’ve spent a couple of days discovering charms of Mexico City (Sp. Ciudad de Mexico or CDMX). The city overwhelms with its magnitude, noise, amount of people for the square meter, distances between points of interest and insane traffic. You must note that it stretches out more than 1400 square km (plus the surrounding slum areas). It is one of the biggest and most densely populated capitals of the world.

Dubious attraction is a thick smog hanging in the air. After a couple of years living in Cracow, this smoky fog does not impress us at all. On the other hand, dirt, noise, humidity and altitude took its toll. Mexico City is situated more than 2000 meters above sea level. Not discouraged by these minor inconveniences, we’ve stayed here a couple of days to see what it had to offer. Amongst places visited there were: museum of Frida Kahlo, the museum of anthropology, the central plaza – Zocalo, the Chapultepec Parc, artistic Coyoacan and hipster Roma district.

Trading is very popular here. You can buy anything you like. From cables, adapters, mobile phones, stationary, costumes and decorations to fruits, street food and of course Coca-Cola. One of the points of interest was the Sonora market, where you can find an assortment of mystique stock. You can buy a sculpture of a saint, imaginative Halloween costumes, CDs with frightening noises, perfumes with saints for good luck in love, soaps and incents that bring happiness and figures of the Saint Death (Santa Muerte). It was quite fascinating how sacrum of Catholic religion coexist with profanum. As the Day of the Dead was approaching, stalls were full of offerings people place on altars and tombs. More details about the celebration in the next post.

In spite of being overwhelmed, we were moving through the city in quite an efficient manner. Metro is quite intuitive and the ticket costs only 6 pesos (0.31 USD). Thanks to Couchsurfing, we’ve met a group of people, who went with us to see one of the most popular kinds of entertainment in Mexico – Lucha Libre. It is an equivalent of American wrestling, where masked warriors fight each other using many different acrobatic tricks. It reminded us a little bit of a circus. The fighters are divided into two types: los técnicos (the good ones) and los rudos (the bad ones). The first group is characterised by ideal, technically advanced style of fighting. The second allow themselves to use a variety of techniques, often more brutal and unexpected. Three are male (luchadores), female (luchadoras) and drag (exóticos) fighters. Everything looks like a huge pastiche. Hearing the reactions of the audience makes you think that you are on the set of an American sitcom. That is the charm of it and even though not all of us fancied it, we had a smashing time.

We continued our evening in a Cuban place with live music. The dancefloor was full of people moving to the ritmo caliente. As of now, we handle salsa better when it’s in a dish than if it would be on the dancefloor, but we don’t plan to give up. We will patiently climb our way up to mastery.

 

Colonial cities and ancient pyramids

According to the plan “escape the city”, Kasia and Kasi B. visited neighbouring Veracruz and Boca del Rio. In a country as huge as Mexico, 500 km is very near indeed. These coastal cities, especially port town of Veracruz, charmed us with its colonial atmosphere. It felt far better than the huge capital. Our local host was self-appointed specialist in the local cuisine, who explained us a lot about Mexican dishes. We are still confused about some of the names, as there are so many of them. Local cuisine – although quite tasty – is characterised by large amounts of meat and grease. It’s very common to start a day with a meal fried in deep oil and eat similar dishes until late at night. We try to resist these delicacies and balance our diet with some fruits and vegetables.

A big issue is very high consumption of sodas. From an early age, Mexicans face troubles with obesity. The most popular amongst unhealthy drinks is Coca-Cola. Mexico is at the top of the list of countries that drink the most of this unhealthy beverage. You can buy it almost everywhere and a small bottle costs only 5 pesos (0.25 USD).

During our trip to the coast, we also got to know the difference between tequila and mezcal. These spirits are produced in different regions of Mexico. The base for both of them is agave. We have already tasted different flavoured version of it – probably not the last time during our trip.

Next cities we visited were Puebla and Cholula. The latter, also known as “Pueblo Magico”, was one of the loveliest places we have visited so far. Colorful and well-maintained with a lot of local bits and pieces, not to mention a huge pyramid in the middle o the city.

The four of us went together to visit Teotihuácan – an ancient pyramid complex situated 40 km from the capital. We got there with a bus from Terminal Central de Autobuses del Norte for only 100 pesos (5 USD) round trip. The name Teotihuácan literally means “the place where gods were born”. It once was the biggest city in pre-Columbian Americas. Its origins date back to year 100 before Christ. We went there on Sunday and it was quite crowded, as it is the day of free entry for the citizens. We felt it, especially while climbing the biggest Pyramid of the Sun, which measures 64 meters in high and 230 meters in width. The heat and long queues made Gaspar and Kasia B. resign from climbing all the way up. Betty and Kasia, to cherish the memory of those who queued during the time of communist occupation, decided to wait what was necessary to enjoy the view from the top.

Well-rested and relaxed, we could now head back to the capital to follow the rest of celebrations of El Dia de Los Muertos.

Comments are closed.